lebkowski.name Winning popularity contests since `85

Nowy rok to podsumowania i postanowienia. A w tym roku naprawdę warto, bo wydarzyło się coś, co śmiało można nazwać rewolucją. Pierwszy sygnał dał Radiohaed 15 miesięcy temu, a nie dalej niż pół roku później podobną ścieżką poszła kapela Nine Inch Nails.

O co chodzi? O piractwo, o własność intelektualną, wielkie koncerny, wolne licencje. Ale po kolei.

Radiohead — „In Rainbows”

W październiku roku 2007. grupa Radiohead wydała płytę „In Rainbows”. Nie jest to nic zaskakującego, patrząc na dotychczasową dyskografię zespołu, zaskakująca jednak była cena. Album był do ściągnięcia z oficjalnej strony internetowej Radiohead, za cenę podaną indywidualnie przez każdego z nas. To fani decydowali ile warta jest dla nich nowa płyta.

Posunięcie wydawało się nie tylko szalone, ale i w pewnym stopniu rewolucyjne. Opieranie modelu biznesowego o taki typ sprzedaży na pewno nie należy do najrozsądniejszych decyzji dla młodych zespołów, jednak w tym przypadku się opłaciło. Wstępne wyliczenia podawały kwoty 6-10 milionów dolarów przychodów ze sprzedaży 1,2 miliona albumów w przeciągu pierwszych dwóch tygodni. Wychodzi z tego średnia około sześciu-siedmiu dolarów za płytę. Więcej o tym na blogu Kultura 2.0 w notce Jeszcze o Radiohead…

Z drugiej strony jest to radykalny krok — odejście dużego zespołu od tradycyjnych modelów dystrybucji, czyli odejście od wielkich korporacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi. Śmieszne w tym wszystkim jest to, że sami artyści wcale nie mówią o rewolucji, a jedynie o kroku, który wydawał im się prosty i naturalny. Po prostu odczuli potrzebę opublikowania płyty w taki a nie inny sposób i to zrobili.

Sprawa przycichła, aby po roku powrócić razem z dość przewidywalnym odkryciem serwisu TorrentFreak. Darmowa lub półdarmowa dystrybucja opłaca się jedynie w przypadku popularnych zespołów. Co ciekawe, ma to ciekawy związek z popularnością albumu w sieciach p2p

A teraz druga sprawa, z zupełnie innej beczki - „Wired” informuje o ciekawym raporcie na temat piractwa i promocji muzyki w sieci, przygotowanym na podstawie analizy sieciowych wyników legalnego i nielegalnego ściągania In Rainbows Radiohead. Pokazuje on, że pomimo możliwości legalnego pobrania albumu za darmo, sporo osób wolało go ściągnąć z sieci P2P. Znacznie więcej, niż albumy o potencjalnie porównywalnej popularności, których wykonawcy nie udostępnili za określaną przez fanów cenę. Oznacza to, że wzrost legalnej sprzedaży w sieci wcale nie musi oznaczać spadku piractwa danego nagrania,

http://kultura20.blog.polityka.pl/?p=633

To kolejne badanie, które pokazuje dziwne wyniki związane z sieciami wymiany plików. Wcześniej okazało się, że „piractwo” wcale nie zmniejsza sprzedaży, ale wręcz przeciwnie, wpływa na nią pozytywnie (nie wiem na ile można takim wynikom ufać, poza tym zgubiłem gdzieś linka). Wygląda na to, że jest to system naczyń połączonych, machina, w której zazębia się wiele trybów — zarówno p2p stymulują sprzedaż tradycyjnymi lub nowymi kanałami, jak i przystępne ceny, łatwa i przyjazna dla użytkownika dystrybucja wpływa pozytywnie na ogólną popularność artysty, w tym — na torrentach.

Kontynuując cytat z Kultury 2.0, nie sposób nie zgodzić się z:

młodzi ludzie postrzegają ściąganie torrentów z Pirate Bay jako jedną z oczywistych dróg wejścia w posiadanie muzyki. Skoro dobrze działa - nie mają ochoty tego zmieniać, nawet jeśli jest to praktyka nielegalna i posiada darmową, legalną alternatywę. Trzeba więc przestać myśleć o nielegalnych kopiach jako straconych pieniądzach, a traktować je jako część rzeczywistości, z którą nie sposób walczyć.

Idąc dalej, wystarczy użytkownikom dostarczyć proste i dostępne narzędzia. Sklep internetowy bez DRM–ów i łatwe płatności przez internet. Na pewno znajdą się osoby, które będą chciały wynagrodzić artystów. Oczywiście będą też osoby, które lubią mieć płytę CD na półce; będą też te, które za nic nie zapłacą ani centa za muzykę — ale to truizmy, to się nie zmieni.

Jak sklep, nawet internetowy, może konkurować z szybkością sieci p2p? Czas potrzebny na ściągnięcie popularnego albumu to kilkanaście minut. Tu już nawet nie chodzi o pieniądze, ale o wygodę.

A tak to było po kolei (artykuły z Kultury 2.0):

Sklep iTunes bez DRM

Krótka piłka. Po zapowiedziach, Apple przechodzi do czynów. Sklep iTunes będzie sprzedawał muzykę bez zabezpieczeń DRM. Oznacza to, że największy na świecie sklep z muzyką odwraca się od tego, jakże uciążliwego dla użytkowników, rozwiązania.

Nie jest to co prawda przejście automatyczne. Za oddeeremowanie wcześniej zakupionych albumów trzeba oczywiście zapłacić, ale jest to pewna naturalna kolej rzeczy. Makojad w komentarzu do wpisu na fotogenii zauważył, że jest to po prostu cena za wymianę nośnika.

Tak czy owak, jest to… Nawet nie jaskółka. Raczej latająco-krzyczący kawał mięcha, który może i wiosny nie czyni, ale na pewno przysłania słońce i zmienia klimat. To skuteczne rozwiązanie, które pozwala na posiadanie taniej, niezabezpieczonej muzyki (no, może jeszcze nie w  Polsce); z drugiej strony zapraszając innych do porzucenia DRM, a  jednocześnie kontroli wielkiego brata. W końcu, kto jak nie Apple wyznacza trendy?

Polecam przeczytać trochę szersze spojrzenie u Bartka: Muzyka i ekonomia

Nine Inch Nails - „Ghosts”

nin - ghosts Kliknij by posłuchać. fot: Nick Humphries

No i ostatnia sprawa, która faktycznie sprowokowała mnie do napisania całej tej góry tekstu. Nine Inch Nails wydało w marcu poprzedniego roku płytę na licencji Creative Commons BY-NC-SA. Oczywiście Kultura 2.0 komentowała całe wydarzenie back in the day, w notce „Ghosts I-IV” Nine Inch Nails - rewolucja w dystrybucji muzyki?

Mi ciśnie się na usta: „Tak!”

Co to w ogóle oznacza? Licencja Creative Commons jest jedną z tzw. wolnych licencji, które, w przeciwieństwie do tradycyjnych restrykcji copyrightu, nie są tak restrykcyjne i zezwalają na szereg różnych rzeczy. Wymieniona wyżej licencja pozwala między innymi na dystrybucję (niekomercyjną) i remiksowanie utworu. Jest to mniej więcej równoznaczne z faktem, że płytę można legalnie ściągnąć np. z  Zatoki Piratów.

Kolejne szalone posunięcie? Tak, oczywiście. A już na pewno, jeśli spytać kogoś z RIAA lub innej korporacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi. Jednak, jak pokazuje przykład Radioheada, w tym szaleństwie jest metoda. Szczególnie, jeśli publikacja na wolnej licencji idzie w parze z tradycyjną sprzedażą.

Teraz już wiemy — to był strzał w dziesiątkę. Mówiąc prostym językiem: rozdawana za darmo płyta, stała się bestsellerem w sklepie Amazon.com. Pobiła też wiele innych statystyk, które wymienia Fred Benenson na blogu Creative Commons: NIN’s CC-Licensed Best-Selling MP3 Album

Kolejna grupa, która zdaje się mówić: „nie ma lepszego modelu biznesowego, niż rozdawanie muzyki za darmo w sieci”. W końcu rozsądne i odważne kapele przeciwstawiają się (bardziej — NIN — lub mniej — Radiohead — bezpośrednio) wielkim koncernom, które zarabiają na cudzej pracy. Kolejne argumenty za tym, że stary model wcale nie był dobry (a na pewno nie dla wszystkich), że piractwo wcale nie powoduje, że muzycy głodują, a śmiałe dzielenie się swoimi nagraniami jest formą reklamy.

Trochę podsumowania

Niezaprzeczalne jest, że ludzie chcą kupować tanią muzykę w internecie. Sklep iTunes, jest tylko jednym z przykładów. Radiohead i NiN to kolejne. Dlaczego więc wszyscy bronią się przed tym jak przed ogniem? Kolejne przykłady pokazują, że w zasadzie ciężko jest tu źle trafić. Nawet rozdając albumy za darmo, można porządnie zarobić. Poza tym, ten kanał wcale nie odbija się negatywnie na portfelach artystów, więc czemu nie umilić wszystkim życia? Te dwa albumy pokazały, że się da, że nikt na tym nie cierpi (poza korporacjami) i mamy do czynienia z sytuacją win-win. Korzystają zarówno fani jak i artyści. Mam wrażenie, że kolejne tego typu inicjatywy naprawdę mogą zapoczątkować lawinę, której skutkiem będzie znaczące upowszechnienie tego typu form sprzedaży.

Dobrze jest też mieć w końcu namacalne przykłady na to, że „wszystko o co walczyliśmy” jednak ma sens. Wolne licencje, sieci p2p. Do tej pory, bez konkretnych przykładów, takie rozwiązania były zawsze w opozycji, zawsze trochę z boku, a ludzie na nie krzywo patrzyli. Teraz śmiało można stanąć i powiedzieć, że warto, i że się opłaca.

Naprawdę mamy tu do czynienia z początkiem zmian, czy jestem tylko niepoprawnym optymistą?

Komentarze

  • Wiesz, to są te przykłady o których Ty słyszałeś i słyszała o nich większość populacji. Ale Trochę bardziej undergroundowe zespoły też z sukcesem korzystają z nowoczesnych technologii promocji. Weźmy na przykład historię Arctic Monkeys, którzy nagrali demo LP za własne pieniądze i puścili w obieg za darmo. Gdy wytwórnie zainteresowały się nimi wreszcie, warunkiem podpisania umowy było wydanie tego samego LP tylko już nie w formie demo, tylko porządnej płyty i sprzedanie jej. Wiele osób było sceptycznych co do tego ruchu, ale wytwórnia która się zdecydowała nań skorzystała, bo płyta się rozeszła mimo tego że ludzie de facto już ją mieli. Kończę, bo mam pół godziny na nauczenie się do dwóch laborek :D

    PiotreX , 10:32, 14 stycznia 2009

Dodaj komentarz

Smok Wawelski
smok@wawel.krakow.pl
http://wawel.krakow.pl
dodaj mój adres IP do blacklisty, proszę!
Formatowanie: markdown
Mulitmedia: oEmbed
Maciej Łebkowski, kontakt. Some rights reserved Monitoring Kampanii Internetowych