maciej łebkowski Maciej Łebkowski

Renesans serialowy

in Personal

Zacząłem podobny temat — trochę o wyższości seriali nad filmami — jakiś czas temu przy pokerze w Znanym Lekarzu. Wtedy jeszcze nie miałem wyrobionej własnej, silnej opinii na ten temat, więc raczej starałem się — pomiędzy siorbnięciami Johnniego Walkera — przytoczyć argumenty Kai Szafrańskiej z „jakbyniepaczeć”. Wyszło tak sobie, ale na szczęście temat wrócił, w wersji bardziej przemyślanej.

Teza jest nie tyle taka, że seriale są lepsze, ani że są przyszłością (chociaż są), ale taka, że należy im się więcej uwagi i nowe spojrzenie — bo to doskonała forma przekazywania ciekawych historii, przeżywająca obecnie swój złoty wiek.

Tytułowy renesans

Właśnie, gdyby nie galopująca popularność tego formatu, argument dotyczyłby raczej jakiejś niszowej technologii, która z pewnością już jutro zawładnie światem. Na szczęście tak nie jest. Nawet nie będę musiał starać się niczego udowadniać, a raczej zwrócić uwagę na pewne ich aspekty, które mogły Wam się po prostu nie rzucić w oczy.

Popularność jest niepodważalna. Nie mówię tu tylko o rozkwicie produkcji rodzimych (o lekarzach albo o żołnierzach… albo o matkach polkach i miłości; to chyba wyczerpuję 90% tematów realizowanych przez Telewizję Polską?), ale ogólnym, światowym hype. Nie będę starał się przytaczać statystyk na temat ilości nowych tytułów, ale seriale powoli idą ścieżką startupów z doliny krzemowej. Tam większość firm nie przetrwa 24 miesięcy, tu — dwunastu, bo podobno 2 na 3 seriale będą anulowane po pierwszym sezonie. Yay! Chyba nie warto się zatem przywiązywać zanim kontrakt na drugi sezon nie zostanie podpisany (na Ciebie patrzę, FlashForward!).

Gracze

Dobrym potwierdzeniem pozycji seriali w ekosystemie jest ilość graczy zaangażowanych w ich tworzenie. Przede wszystkim kablówki (Showtime, CBS, ABC…) albo nawet indywidualne kanały (Syfy). Co ciekawe, pojawiają się również zupełnie nowi, zaskakujący producenci. Oczywiście Netflix, od którego po cichu oczekuje się, że wprowadzi format na nowy poziom, podobnie jak HBO zrobiło to ćwierć wieku temu. A ostatnio nawet… Amazon; w dodatku z przytupem, bo jego nowy serial wyreżyseruje Woody Allen. Połączenie dla mnie absolutnie nierealne, które sugeruje, że nadchodzą zmiany.

Nie, nie zapomniałem: przede wszystkim HBO. Firma, od której wszystko się zaczęło. Nie jestem w stanie przytoczyć w tym momencie źródeł, ale to właśnie decyzje, które tam zapadły na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych wykreowały branżę w jej dzisiejszym kształcie. Doskonały model biznesowy był maszynką do robienia pieniędzy, których strumień został skierowany przez Chrisa Albrechta w kierunku scenarzystów i tworzenia własnych seriali. Nacisk na jakość i ciekawe historie spowodował, że HBO stało się miejscem, które przyciąga talent. Po jakimś czasie wszystkie ambitne pomysły, które nie nadawały się z wielu powodów na duży ekran, trafiały do HBO, które doskonale wiedziało, jak je wykorzystać.

Dlatego dzisiaj nie pojawia się pytanie kto produkuje najlepsze seriale, tylko dlaczego właśnie produkcje wychodzące z HBO są takie dobre. Może jestem trochę nieobiektywny, bo bardzo podchodzi mi gatunek comedy-drama, który jest popularny u tego producenta, ale dla mnie co drugi ich serial należy do absolutnej, światowej czołówki wszechczasów: Generation Kill, Entourage, Game of Thrones, Newsroom, Sporanos, Sex and the City, Band of Brothers (oraz masa innych, których nie widziałem i nie chcę tu wymieniać, nie opierając się na własnej opinii).

Z The Wire na czele — serialem, który polecam absolutnie każdemu (jest on jednocześnie zaskakująco mało popularny w porównaniu do swojej jakości). Tak jak klasyki kina często ogląda się dlatego, że wypada, a potem w milczeniu kiwa głową nad takim niezrozumiałym arcydziełem, tak tu jestem całkowicie kupiony i mógłbym mówić o tym serialu w superlatywach przez godziny. Możliwe, że nie jest to najlżejszy tytuł, ale z nawiązką rekompensuje zainwestowany czas. Nawet poważne magazyny starają się tłumaczyć prawdziwe wydarzenia poprzez analogię do „The Wire” (How Microsoft lost its way, as understood through The Wire).

The day the movies died

Seriale również przejmują kawałek tortu po produkcjach filmowych ze względu na to, że te ostatnie… Umierają. A może — jeśli miałbym to trafniej przetłumaczyć — agonizują, głównie w roli marvelowych adaptacji.

(…) we should really be looking at summer 2012 to see the fruit of Nolan's success. So here's what's on tap two summers from now: an adaptation of a comic book. A reboot of an adaptation of a comic book. A sequel to a sequel to an adaptation of a comic book. A sequel to a reboot of an adaptation of a TV show. A sequel to a sequel to a reboot of an adaptation of a comic book. A sequel to a cartoon. A sequel to a sequel to a cartoon. A sequel to a sequel to a sequel to a cartoon. A sequel to a sequel to a sequel to a sequel to a movie based on a young-adult novel.

The Day the Movies Died — temat odrębny, ale lektura obowiązkowa.

Nie wybielam oczywiście seriali. Ciągnące się w nieskończoność ósme sezony (tylko Friendsi trzymali poziom do końca, nie?), przynoszące jedynie niechęć odwiecznych fanów; przynudzające procedurale powodujące uczucie nieustannego deja vu (oglądając „How to get away with murder” miałem silne przeświadczenie, że patrzę na jakiś nieoficjalny spin-off serialu „Scandal”) oraz głupie, płytkie postaci, których śmierci z tęsknotą oczekujemy (powiedziałbym „Walking dead”, ale dałem radę tylko jednemu odcinkowi). Na szczęście takie produkcje nie psują ogólnego obrazu branży i średnia jakość trzyma się wciąż na sensownym poziomie.

I know!

Perełki

W całym morzu serialowym oczywiście zdarzają się prawdziwe perły. Tytuły, które spokojnie można postawić obok największych hollywoodzkich franczyz. Są to między innymi:

Nie będę nawet rozpisywał się o przenikaniu obu formatów. Filmy kinowe są nie tylko kontynuowane na małym ekranie (np. Hannibal), ale też w całości adaptowane z wielkim sukcesem jako serial (Pitbul, Sherlock / Elementary). Fabuła serialowa za to bardzo często podsumowywana jest na wielkim ekranie — np. Battlestar Galactica (dwa filmy), seria Stargate (w sumie trzy filmy, przy czym pierwszy był otwarciem całego uniwersum) czy wchodzący w czerwcu do kin „Entourage” — to tylko niektóre z przykładów, które można mnożyć i mnożyć.

Długa forma

Film wychodzący poza granicę dwóch godzin już jest trochę przydługi i pozostają nam dwie opcje: albo mamy do czynienia z Chrisem Nolanem i wszystko jest ok, albo zaczyna się nudzić. :) Ta zasada nie dotyczy seriali. W wielu z nich — mówię tu o dramatach, commedy-drama, thrillerach czy kryminałach — pierwsze dwie godziny (3 / 4 odcinki) dopiero budują klimat i tworzą wstępny obraz postaci.

Dopiero po kolejnych godzinach jesteśmy w stanie docenić piękno głębokiego kreowania historii, bohatera, interakcji i innych zawiłości. Elementy, które w kinie muszą być „ogłupiane” i spłaszczane, żeby poza nimi starczyło jeszcze trochę czasu na romanse i wybuchy, mają realną szansę zaistnieć w telewizji. Wyobrażacie sobie dobrze napisane dziesięcioodcinkowe Interstellar? Albo Incepcję? Jeszcze raz podkreślam — dobrze napisane. W stylu True Detective albo jakiegoś mini series. Nie mam na myśli wałkowania do znudzenia tego samego tematu w czterdziestominutowych proceduralach, ale spójną, szczegółową historię. Nie wiem jak Wy, ale ja to kupuję! A całość opakowana w przystępne, względnie krótkie kawałki.

W przypadku „The Wire” akcja rozwijała się tak wolno (erm, chciałem napisać „dokładnie”), że krytycy dostali podobno aż pięć pierwszych odcinków w ramach pilota — inaczej nie byliby w stanie rzetelnie ocenić fabuły. Kolejną ciekawą cechą seriali jest fakt, że postaci nie muszą być czarno-białe. I znów — w „Prawie ulicy” identyfikujemy się powoli z gangsterami, zaczynamy rozumieć ich rozterki i sympatyzujemy w chwilach triumfu. Do tego stopnia, że bardzo często jako ulubiona postać przez fanów wymieniany jest Preston „Bodie” Broadus — drobny handlarz narkotyków, którego niezwykły rozwój pokazany jest na przestrzeni pięciu sezonów.

Nie będę oczywiście za bardzo spolerował, ale także „The Killing”, „Shield” czy „True Detective” i zdecydowanie „Luther” (ale nawet po części Hannibal /FBI/ oraz Homeland /CIA/) nie pozostawiają nam łatwego zadania w ocenie stróżów prawa.

Pozostałe zmysły

Nie tylko opowiadane historie są ciekawe i unikalne, ale także odczucia estetyczne nie pozostają w tyle. Elementy takie jak zdjęcia, montaż, efekty specjalne i muzyka nie pozostawiają wiele do życzenia.

Doskonałym przykładem jest nierealna wręcz Utopia. Ten, kto widział, wie o co chodzi, a dla reszty pozostawię więc tylko obrazek, nie rozpisując się nad tematem ani słowa więcej.

Utopia

Dużo ciekawszym dla mnie tematem jest muzyka. Przyznam, że moje rozpoznanie tego tematu jest niewielkie, za to niezwykle porywające. Chodzi mi mianowicie o osobę Beara McCreary’ego. Twórcę muzyki do takich seriali jak Battlestar Galactica, Black Sails, Walking Dead czy Outlander (niezwykle epicka pozycja swoją drogą, polecam). To dla mnie serialowy Hans Zimmer. Poniżej próbka jego twórczości. I może nie tyle sama muzyka, co jej rola w kluczowych momentach opowieści, nastrój i przede wszystkim różnorodność mnie zachwyca:

To na pewno najbardziej subiektywna część całego argumentu, ale dla mnie niezwykle istotna. Nawet jeśli ktoś jest przekonany, że soundtrack powinien zawierać rzutkie popowe kawałki, to nie może zaprzeczyć, że ścieżki serialowe potrafią być naprawdę starannie przygotowane, interesujące — a gdy potrzeba — nie rzucają się w oczy (uszy?).

Na deser ciekawostka o The Wire. Serial jako taki nie posiada muzyki. Poza czołówkowym Tomem Waitsem w pięciu smakach wszystkie kawałki muzyczne są osadzone w tle bieżącej sceny, np. w formie boomboksa grającego odrobinę za głośno w jednym z okien budynku.

Słowem podsumowania

Zaczynam się rozpędzać i powoli dobijam do dwóch tysięcy słów, więc basta. Na pewno nie rozwinąłem porządnie tematu, o czym może świadczyć brak odniesień do klasyków typu Lost, ani słowa o Dexterze i Breaking Bad, czy przytaczanych bez końca (no przynajmniej przeze mnie!) Mad Menów. Mówiąc krótko: ja po prostu jestem fanem dobrego, nietuzinkowego serialu i myślę, że każdy mógłby spróbować.

Wychodząc i zamykając za sobą drzwi wspomnę jeszcze, że w Boardwalk Empire maczał palce Martin Scorsese. Jeśli on wierzy w ten format, to chyba my też musimy, nie? Seriously, Scorsese!

Creative Commons License

This work is licensed under a Creative Commons Attribution-ShareAlike 4.0 International License . This means that you may use it for commercial purposes, adapt upon it, but you need to release it under the same license. In any case you must give credit to the original author of the work (Maciej Łebkowski), including a URI to the work.